|
Ślepy dwa kilo traci
Heh, na początek zabawna historyjka dotycząca wagi Wczoraj z rana mianowicie postanowiłam jeszcze raz skontrolować ilość utytych kilogramów i wyciągnęłam znów to moje sumienie, żeby przekonać się, że... tak, oczywiście się roztarowało i strzałeczka przesunęła się o dwa kilo do przodu... I wszystko jasne, dlaczego dieta węglowodanowa tak mi posłużyła
A poza tym, to wreszcie wreszcie wreszcie nabyłam sobie śliczne srebne kijeczki Salewy do nordic walkingu. Bo skoro i tak i tak chodzę w weekendy na spacery, do dlaczego by oprócz nogi nie machnąć jeszcze ręką.... ...choć jeśli chodzi o machanie ręką&nogą to, jak się okazało w poniedziałek na stepie, akurat tutaj dieta węglowodanowa, tudzież godziny przesiedziane na krzesełku (tzn wyciągu wcale mi nie posłużyły, bo po pół godzinie ostrej rozgrzewki łapałam się ścian :-/
Ale mam nadzieję, że niebawem odzyskam dawną krzepę - jak jeszcze trochę pobiegam po moich ULUBIONYCH krakowskich bibliotekach szukając materiałów do pracy, których nigdzie nie ma!!!!!! |
||
|
|
Powrót z domu
Więc wielki sen się spełnił - byłam, widziałam, pogadałam, pojeździłam i załadowałam germanistyczne akumulatory - co najmniej na najbliższe 4 miesiące. Ale jak to w życiu, wszystko ma dobre i złe strony - zacznijmy od tych dobrych: * po raz kolejny przekonałam się, że takie - nie znane u nas zupełnie - zachowania, jak zatrzymywanie się kierowców przed przejściem dla pieszych, tudzież "dzień dobry" z ust pani sprzedającej w supermarkecie, są w cywilizowanym świecie na porządku dziennym; * pokonałam znów parę kilometrów nowych tras narciarskich; * poznałam całe mnóstwo naprawdę fajnych ludzi, co w przypadku obozów organizowanych przez Harctur wcale nie jest takie oczywiste
* pobawiłam się w bezpłatnego tłumacza, który koniec końców okazał się wcale nie być taki bezpłatny, jeśli duże piwo, wielka Milka z całymi orzechami i dwie paczki żelków można uznać za zapłatę; * zwiedziłam wzdłuż i wszerz Villach; * skonstatowałam i wykorzystałam bardzo korzystne ceny perfumów; * przywiozłam do domu cały stos Kuriera, Kröner Zeitung oraz wspaniałych ilustrowanych czasopism dla różowych (austriackich) dziewczynek. Niestety jednak nic nie jest tak optymistyczne, jak na pierwszy rzut oka mogłoby wyglądać, gdyż... * po mojej wyśmienitej diecie węglowodanowej (chipsy, żelki, ciastka, rurki z kremem, ciasta, desery z musem owocowym, białe bułeczki, tościki, bla bla bla, a wszystko popite czekoladą z bitą śmietaną waga i ja jęknęłyśmy dziś równocześnie... :/
* po upojnym tygodniu nic nie robienia wcale nie jest tak łatwo zejść z powrotem na przyzwoite tory i wczuć się w klimat naukowy; * w moim pokoju jakoś nie bardzo jest miejsce na nową porcję książek, które przytachałam ze sobą... :/ Koniec skarg. Faktem jest, że było bosko, opieka genialna i w ogóle brak mi słów! PS: Do wszystkich, którzy czekają na fotki: będą, będą! Ale mam ich 180 i muszę przeprowadzić najpierw gruntowną segregację! Więc cierpliwości! |
||
|
|
i Que el tiempo feo!
....czyli co za pogoda! Ale nie narzekajmy - wyliczmy najpierw plusy! 1.Idąc na wykład Macieja placem Szczepańskim na mojej drodze nie pojawił się pijak sikający po ścianie; 2. Kupiłam sobie wreszcie małą skarbnicę wiedzy, słownik hiszpańsko-polski i na odwrót; 3. Poczyniłam pierwsze kroki w kierunku zakończenia przygotowań do mojej presentejszyn przed piątkiem; 4. Udało mi się trafić na moment bezdeszczowy i wykorzystujać go na spacer od Bagateli do Biprostalu; 5. Zjadłam Piotrowi niemalże pół obażanka
6. Zahartowałam się, biegając cały dzień w spódnicy; 7. W dobrym nastroju utrzymują mnie gorące rytmy marengo (wierzcie, że to pomaga!!); 8. Przeczytałam kilkanaście stron 'Wybrańca"; 9. Jakkolwiek sesja by się nie skończyła, to i tak i tak uda mi się pojechać na narty,co jest informacją najlepszą dnia dzisiejszego! 9. Jest godzina 22.36 i zaraz idę spać. Minusy jednak dla równowagi też pojawić się muszą. 1. Doświadczyłam, że kawa amaretto z McSyfa nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem; 2. Zostałam oblana od stóp do głów wodą z kałuży, która trysła na mnie za przyczyną pędzącego srebrnego Opla. 3. Klnę z powodu braku kolorowej drukarki i natłoku kolorowych misiów do wydrukowania:/ ; 4. To jednak dopiero zdecydowanie pierwsze kroki i chyba będę musiała dziarsko przebierać nogami, żeby zdążyć przed piątkiem; 5. Zaraz wejdę pod pierzynę i nie ma mowy o jakimś przeciągnięciu starych kości na wieczór...:/ 6. Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią się uczyć do 1 w nocy
|
||
|
|
Jak wygląda trzeci dzień tego roku?
Wygląda po pierwsze tak, że wszystkie możliwe księgarnie są zamknięte, a w tych, które są otwarte, jest awaria kas fiskalnych. Po drugie wygląda jeansami numer 27, podczas gdy potrzebny jest 26. Po trzecie wygląda moją miłością do espan~ol. Po czwarte wygląda pasjonującym literaturoznawstwem z Piotrem O. w syfiankach nad herbatą i cytryną. Po piąte wygląda wreszcie zimą i śniegiem, ale nie wiem, na ile nie są to tylko pozory. I po szóste wreszcie wygląda moim dalszym zachwytem nad wspaniałym sylwestrem u Parhfiowej! Po siódme - nie kradnij! |
||
|
|
Guter Rutsch
Udało się!Udało się! W ramach wymóżdżenia posylwestrowego postanowiłam pomajstrować trochę nad stronką i nareszcie się udało wsadzić w nią tak ładnie bloga, że teraz można komentsować i w ogóle... Poza tym mamy nowy rok i teraz powinnam zajęczeć, jakie to straszne, że ten czas tak ucieka blablabla, ale czy to naprawdę takie straszne? Wcale w tym nie ma nic okropnego, dopóki mam świadomość, że czas nie ucieka mi niewykorzystany i że z tego jego upływu mam jednak jakieś wymierne korzyści - czegośtam się zawsze uczę, zdobywam doświadczenia, poznaję ludzi, to wszystko nie byłoby możliwe, gdyby czas nie mijał... I zrobiło nam się nastrojowo. Zatem może wszem i w obec poczynię jakąś obietnicę noworoczną, jak to zawsze miałam w zwyczaju... tylko w tym roku wcale nie jest to takie łatwe, bo nie mam już takiego celu, który bardzo bardzo chciałabym osiągnąć, a jakoś do tej pory się nie udawało. Więc pewnie trzeba będzie postanowić coś całkiem prozaicznego, a mianowicie - żyć oszczędnie... o jej... no dobrze, ale będę się starać, tak mi dopomóż Kuro. Co do imprezy sylwestrowej, to nadal nie mogę wyjść z podziwu: -> dla zdolności ogranizacyjnych Parhfiowej *brawo* -> dla poczucia humoru Pę-ów i ich ogólnego współudziału w cierpieniu moim, -> no i wreszcie dla nas BS, że jesteśmy jednak potęgą! Mam nadzieję, że za rok spotkamy się w takim samym gronie (albo zgoła w komplecie!) |
||
|
|
Czwartek
W telegraficznym skrócie wygląda to tak: Wychodzimy z instytutu i tworzymy mocną czwórcę, w porywach do szóstcy, jeśli Piórki nie polecą w inną stronę. W skład czwrócy wchodzą: Pleśniawa, (wo ist) die Zuzia, Herr Owsiński (, wie würden Sie das übersetzen?) oraz ja. Z każdym zostawionym za sobą kafelkiem ulicy Krupniczej nastrój robi się coraz bardziej szampański. No, mniej lub bardziej, w zalezności od tego, jaki jest motyw przewodni naszej drogi. A do dyspozycji mamy bardzo szeroką (Unterhaltungs)palette. Począwszy od zdrobnień, skończywszy na śpiewaniu kolęd przez Piórki idące na przedzie. Jednak mniej więcej w połowie traktu zawsze schodzimy na nasz ulubiony temat, kiedy to Herr O. zaczyna mówić ze swoim "sehr schlimmem R, kein Deutscher würde so sagen!" : "Herr Owsiński, wie wüRRRden Sie das übersetzen?", mnie natomiast przypada w udziale rola "Frau Pena!", obowiązkowo z wyrazem twarzy, jakbym właśnie zobaczyła przed soba wielką, śmierdzącą kupę. Gdy już od "Herr Owsiński, wie wüRRRden Sie das übersetzen" i "Frau Pena!" bzw. "Frau Pena, sie müssen sich unbedingt melden!" boli nas przepona, pora włączyć do repertuaru jeszcze inne hity, i tak zaczyna się wyliczanie "Wooo ist die Zuzia?", "katastrofal", "ganz schlimm", "kunnen", "huren" i innym tym podobnych osobliwości, z których śmiejemy się tylko my. |
||
|
|
Irgendwie klappt es schon wieder nicht ,
czyli kurczę blade znowu mi się nie udaje pisać...:/ A to źle. Bo prawie codziennie w drodze dokądś albo skądś myślę sobie, że fajnie byłoby wreszcie się tutaj zameldować, a potem czas schodzi mi na czymś zupełnie innym, żeby wreszcie się skończyć... Ale skoro już tu weszłam, to dobrze. Niech ludzie wiedzą, że ten tydzień będzie tygodniem decyzji ostatecznych. Dwóch. Teoretycznie (chyba, że w międzyczasie przyjdzie mi do głowy jeszcze coś innego). Decyzja numero uno: Albo uczymy się norweskiego (jeśli ktoś odpowie na moje ogłoszenie rozwieszane pieczołowicie na każdym jednym słupie... swoją drogą czyż nie jestem wspaniałomyślna, oferując komuć pracę i tym samym zapewniając godną egzystencję? Zwłaszcza, że wymagam tak mało... tylko perfekcyjną znajomość norweskiego - albo uczymy się hiszpańskiego. I niech nikt mnie nie pyta, co ma piernik do wiatraka!!
Decyzja numero duo: Idę do mojej starej podstawówki, zapytać panią dyrektor (której nie znam, więc boję się nie na żarty), czy mogłabym skorzystać ze szkolnego pianina. Które nota bene stoi odłogiem i się kurzy, ale to wcale nie znaczy, że pani dyrektor się zgodzi... choć tak nakazywałaby logika! Jeśli z tego nic nie wypali, zacznę na poważnie rozważać możliwość zakupu...yyy... paznokcie strzeżcie się... gitary! Zadatki (czyli giętkie palce już mam, a reszta to kwestia wprawy...
Takie są plany na czas najbliższy. Poza tym trochę wydatków, pierwszy z brzegu, baaaardzo ale to bardzo kobiecy - obciążniki do ćwiczeń. Będziemy pakować
|
||
|
|
XLIX
Przeciw tej chwili, jeżeli nadejdzie, Gdy ujrzę, że się martwisz na me wady, Gdy miłość twoja jak rozrzutność przejdzie, A pokierują nią względy i rady, Przeciw tej chwili, gdy przyjdzie ta chwila, Że ledwie dojrzysz mnie okiem słonecznym, A miłość, nie chcąc już być tym, czym była, Każe poważnym ci być i statecznym; Przeciw tej chwili me szańce sposobię, Wiedząc, że własne zasługi mam winić, I oto wznoszę rękę przeciw sobie, By przysiąc, że masz tak prawo uczynić. Rzucić mnie prawo nie wzbrania ci żadne; A czemu kochać masz, tego nie zgadnę. |
||
|
|
I stało się...
Zbierałam się i zbierałam i zbierałam, aż w końcu przypomniałam sobie o tym starym dziadzie, którego kiedyś prowadziłam. Potem to wszystko padło i nie działało tak długo, aż mnie odeszła chęć do pisania, a teraz - voila! - ecce Homo,ecce Jazia! A tak naprawdę, to pałam nieposkromioną chęcią pisania... pisania choćby stu słówek dziennie, ale i to wystarczy, żeby podzielić się przeżyciami dnia, tym co dobre, tym co jest. Zatem startuję i niech służy jak najdłużej... ![]() A tak w ogóle, to kiedy otworzyłam tego bloga, to znalazłam tutaj moje wpisy mnie więcej dokładnie sprzed roku, z początku grudnia. I pomyślałam sobie, że minął od tego momentu rok, w moim życiu poniekąd zdarzyło się bardzo wiele (jestem w końcu "nową Jazią"), ale z drugiej strony da się zaobserwować pewną stabilność i to na tym polu, która tejże jak najbardziej wymaga - na polu przyjaźni. Mianowicie przeczytałam w moim zeszłorocznych wypocinach, jak to Kuruś ofiarowała mi swoje towarzystwo do (swojego-hihi) malibu w samotne wieczory, Grze chciał zabrać mnie do Aquaparku, żebym się nie zamęczała, a u Parhfiowej wygrałam bon żywnościowy i to wzruszyło mnie już doszczętnie. Dobrze, że jesteście! |
||
|